Przejdź do głównej zawartości

Dźwięk tygodnia: Spacer w morze po ostrygi

Czasem marzy mi się dyktafon do zapachów. W jakimś zakresie można zapachy odtwarzać, ale w prosty sposób rejestrować z otoczenia? Ciężka sprawa. Technologia zupełnie zawodzi, a przecież zapach jest istotną częścią doświadczenia morza. Choć dźwiękowo też ma znacznie więcej do zaoferowania, niż szum wiatru i fal.
Duńska wyspa Rømø należy do archipelagu Wysp Fryzyjskich. Wzdłuż jej zachodniego brzegu ciągnie się monumentalna piaszczysta plaża, uchodząca za największą w północnej Europie. Natomiast wschód wyspy to poddane reżimowi przypływów i odpływów grząskie tereny. Podczas niskiego stanu wody można wyjść nawet kilkaset metrów "w morze". Dno jest wyściełane muszlami, które pękają i chrzęszczą pod ciężarem kroków. Stopy zapadają się w grząski grunt z charakterystycznym błotnym mlaśnięciem.


Można tu także spotkać kraby, charakterystyczne podłużne nożenki, a w końcu ostrygi. Te spożywane na surowo małże, uchodzą za afrodyzjak. Są także symbolem kulinarnego wyrafinowania. Przewodnik wyciągał je z plastikowego wiaderka, do którego je wcześniej pozbieraliśmy i bez szczególnych ceregieli otwierał za pomocą niewielkiego noża. Następnie z nieskrywaną satysfakcją komplementował jakość ostryg. Ponoć te żyjące na wolności mają więcej cenionego tłuszczu. Otwartą muszlę wręczał każdemu z uczestników „polowania”, oczekując na moment, gdy na oczach wszystkich, jeszcze żywy mięczak zostanie połknięty, zostawiając w ustach słonawy posmak morza.
Występujący na Rømø gatunek ostryg jest podobno dość inwazyjny, więc przewodnik zachęcał, by w imię ekologii jeść jak najwięcej. W końcu przyznał się, że sam ich nie znosi.

Nie-miejsc.blogspot.com: Wyspa Rømø, Dania, 25.08.2017

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

nie-miejscownik: Antoninek - przewodnik alternatywny

👉 Polub nie-miejsca na Facebooku 👈
Dlaczego Antoninek? W końcu to zupełnie zwyczajna dzielnica na obrzeżach Poznania? Ponieważ nie ma miejsc nieciekawych, są tylko takie, którym nie poświęca się dość uwagi. Każdy krajobraz nosi bowiem w sobie historie ludzi, ich wyobrażeń, tego jak chcieli i dalej chcą upiększać swoje otoczenie. O tym chcemy opowiedzieć w nie-miejscowniku, czyli przewodniku po zakątkach niedocenionych, niepoznanych lub wręcz zapoznanych. Nie znajdziemy tych opowieści w tradycyjnych bedekerach, na próżno ich szukać w błyszczących katalogach biur podróży. Żaden bloger turystyczny podróżniczy nie uwzględnia ich na liście „top dziesięć rzeczy, które musisz zobaczyć w tym mieście”. Choć są tak blisko, to można się tam poczuć obcym osobnikiem, który jest na wszelki wypadek dyskretnie dozorowany, obserwowany zza firanek. Tym, który się rozgląda, choć sam raczej unika kontaktu. Za to rości sobie prawo do łatwych ocen oraz tanich posiłków i noclegów. Jednym słowem – turystą.

Hans Kloss

Dworzec Centralny w Tbilisi. Pełna integracja metra, kolei, kanapek, chaczapuri, legginsów sprzedawanych przez Romki, uryny, kawy rozpuszczalnej Jacobs, centrum handlowego i oczywiście marszrutek. Marszrutnoje taksi - ten wspólny mianownik postsowieckości. Właściwie żadna egzotyka. Zwykłe mikrobusy. Fordy transity, mercedesy sprintery albo te jeszcze starsze T1. Cechy charakterystyczne: ich maski często są obciągnięte czarną dermą. Niekiedy na burcie spore litery, układające się w napisy “VIP Klassen”. Czy były wcześniej? Czy naklejono je później, już po sprowadzeniu busów na Kaukaz, by dodać im prestiżu?
W każdym razie cena stała i przystępna, trasa znana. Jedynie rozkład jazdy jest traktowany swobodniej. Ponieważ całe przedsiębiorstwo przewozowe to często kierowca i marszrutka. By ruszyła musi osiągnąć zatem stopień zapełnienia, gwarantujący opłacalność. Jest to zadaniem “naganiaczy”. Bardziej lub mniej aktywnie wyłapujących miejscowych i turystów, wypytując o cel podróży. I proszę…

Muzeum Sportu

Za lekko uchylonymi drzwiami przy alei Paliaszwilego w Kutaisi czai się półmrok. W półmroku dwa biurka, komputer stacjonarny z monitorem kineskopowym, dwóch panów raczej po pięćdziesiątce. Pierwszy siwiejący, w garniturze. Takim popielatym, jakby to ująć, schludnym, choć nienowym. Drugi nosi się w stylu, który raczej nazwalibyśmy codziennym. Czarna kurtka, pod nią sweter barwy ciemnej nieokreślonej. To Muzeum Sportu. Placówka powstała w 1970 roku i chyba niewiele się tu od tego czasu zmieniło. Choć kolekcja oczywiście była wzbogacana, by osiągnąć obecny stan, który tworzą 1634 eksponaty. Roczna liczba osób odwiedzających: 220. Wejście tam raczej burzy zatem spokój pary muzealników, choć jednocześnie z właściwym tej profesji spokojem jest przyjmowane. Być może wizyta turysty jest atrakcją także dla nich? W każdym razie wstęp jest bezpłatny.


Mężczyzna w kurtce wstaje, podchodzi do ściany, włącza światło w kolejnym pomieszczeniu. Rozbłyskują z ciemności wycięte gabloty. Od teraz będzie t…