Przejdź do głównej zawartości

Czy warto pisać przewodniki, czyli "Poznań for beginners"

Czy w dobie mediów społecznościowych, blogów podróżniczych, serwisów turystycznych w rodzaju TripAdvisor i "przemysłowo" wytwarzanych serii, takich jak choćby Lonely Planet, warto pisać przewodniki?


Jacek Y. Łuczak, Wojciech Mania: Poznań for beginners (fot. Aleksander Rudawski)

Chyba tak, albo może raczej: mam nadzieję, że tak. Choć ich zasięg lub używając żargonu „impakt”, jest znacznie mniejszy, to dają możliwość dotarcia do bardziej zaangażowanych turystów. Potencjalnie także bardziej skorych do pozostawiania w odwiedzanych przez siebie miejscach większej ilości pieniędzy. Świadczyć o tym może sam fakt nabycia przewodnika. Dają także możliwość spojrzenia na odwiedzane miejsce z lokalnej perspektywy, jeśli zostały napisane przez kogoś w nim mieszkającego.
Tradycyjne przewodniki można również anegdotycznie zredukować do kilku technicznych zalet: nie są na baterię, nie wymagają dostępu do wi-fi i pozostają sprawne po upuszczeniu nawet ze znacznej wysokości, a w końcu nie są zbyt atrakcyjne dla złodziei.
Przewodnik "Poznań for beginners" to niewielka książka adresowana do obcokrajowców, coraz liczniej odwiedzających stolicę Wielkopolski. Zawiera nie tylko propozycje atrakcji turystycznych ułożonych w kilka tras, ale także informacje pomagające zrozumieć znaczenie miasta osobom mającym nikłą wiedzę o historii Poznania i Polski.

Jacek Y. Łuczak, Wojciech Mania: Poznań for beginners kup przewodnik
Jacek Y. Łuczak: Poznań plan minimum kup przewodnik
Stąd w książce fragmenty zwracające uwagę na wydarzenia i miejsca, które dla polskiego czytelnika byłyby aż nazbyt oczywiste. Podobny charakter ma część zawierająca informacje praktyczne, choćby dotyczące zakazu picia alkoholu w przestrzeni publicznej. Dlatego przewodnik został napisany  z intencją wydania go wyłącznie w języku angielskim.
"Poznań for beginners" składa się z dziewięciu rozdziałów, odpowiadającym najważniejszym etapom rozwoju miasta, od najstarszej jego części, czyli Ostrowa Tumskiego, przez miasto średniowieczne ze Starym Rynkiem, część XIX-wieczną wokół Placu Wolności, Dzielnicę Cesarską z zamkiem, fortyfikacje, aż po życie codzienne współczesnego Poznania. Uzupełnieniem są propozycje miejsc, które warto odwiedzić w jego okolicach. Każdy z rozdziałów rozpoczyna się krótkim opisem, wprowadzającym czytelnika w kontekst historyczny i znaczeniowy opisywanych miejsc.


Chyba czas przestać silić się na obiektywny, recenzencki ton. W końcu jestem współautorem tego przewodnika. Przy tej okazji sprzedam kilka refleksji od kuchni. Punktem wyjścia był wcześniejszy polskojęzyczny przewodnik Jacka Y. Łuczaka "Poznań plan minimum". Adresatem książki był turysta, który nie wie o Poznaniu, a także Polsce prawie nic. Z jednej strony ułatwiło to dobór miejsc. Od początku było wiadomo, że muszą się znaleźć wszystkie poznańskie „klasyki”: ratusz, koziołki, fara, katedra i tak dalej. Z drugiej strony, przy każdym rozdziale było trzeba uważać na konteksty. Polskiemu odbiory nie trzeba tłumaczyć kim był Mieszko I albo czym były zabory. Komuś zza granicy – już tak.
Innym wyzwaniem było ograniczenie lub wręcz rezygnacja z wielu wątków i postaci. Bezboleśnie pożegnałem biskupa Radwana, całą plejadę piastowskich książąt, ale także Kazimierę Iłłakowiczównę. W pierwotnej wersji ten los miał także spotkać Małgorzatę Musierowicz, autorkę serii książek dla młodzieży, znanych pod wspólną nazwą, która obecnie jest zastrzeżonym znakiem towarowym. Jednak wydawnictwo stanęło za nią murem, argumentując, że jest tłumaczona na wiele języków, łącznie z japońskim. W ten sposób zostało uratowanych jeszcze kilka postaci i miejsc. Żeby nie było, że tylko ja bezdusznie "ciąłem". Na przykład trasa po Łazarzu miała także obejmować "dolną" część dzielnicy, którą zatytułowałem "Robotniczy Łazarz", jako kontrapunkt dla zamożnego, mieszczańskiego Johow-Gelände. Niestety nie załapała się do książki.
W ogóle korespondencja, spotkania i dyskusje z Sylwią Klimek, redaktorką książki, były kapitalnym doświadczeniem, szczególnie że mam naturę "Zosi-samosi". Wyłaniały się z nich nasze osobiste preferencje, różnice w spojrzeniu na miasto, a także emocjonalny stosunek do niego.

Jacek Y. Łuczak, Wojciech Mania: Poznań for beginners

Inspirujące było pisanie rozdziału o współczesnym Poznaniu i jego życiu codziennym, w tym kuchni. Chcąc opisać tę ostatnią z rozbrajającą szczerością, trzeba by pewnie wspomnieć o pizzy i kebabie (spoiler alert: nie ma o nich ani słowa). Udało się natomiast wtrącić zapiekankę, która nie jest wyłącznie poznańska, natomiast jest ciągle dość powszechna i opowiada jakąś historię: o późnym PRL-u, niedoborach i lokalnej przedsiębiorczości.
Jeszcze taki techniczny szczegół. Podczas pracy przyjęliśmy zasadę, że jeśli odsyłamy na stronę internetową, to musi ona być dostępna w języku angielskim. Okazało się, że instytucje, które oferują treści w języku obcym można policzyć w zasadzie na palcach jednej ręki, stąd tak niewiele odesłań...

Dyskusja "Poznań przyjazny turystom - Poznań tourist friendly", 14.09.2017, godz. 18:00, Salon Posnania ⏩ więcej informacji
Koniecznie muszę wspomnieć o zdjęciach Piotra Skórnickiego. Musiałem się chwilę z nimi oswoić. Mają swój styl i gdy pierwszy raz je zobaczyłem wydały mi się zbyt „charakterne”, jak na taki, w gruncie rzeczy prosty, przewodnik. Jednak stały się jego ogromnym atutem, często posługując się detalem, nieoczywistą perspektywą, a także porą wykonania zdjęcia.
Graficzną formę nadała całości Joanna Pakuła, łącznie z wyrazistą, emanującą prostotą i kolorem okładką. To dzięki jej talentowi i pracy w internecie pojawiły się takie komentarze:
Jacek Y. Łuczak, Wojciech Mania: Poznań for beginners

Last but not least (skoro przewodnik jest po angielsku, to chyba mogę użyć tego zwrotu) wypada mi wrócić do początku całej historii, gdy Katarzyna Kamińska, dyrektorka Wydawnictwa Miejskiego Posnania zaprosiła mnie na spotkanie, na którym poznałem Joannę Gacę-Wyczółkowską. To właśnie te panie zaprosiły mnie do tego przedsięwzięcia. Już bez zbędnych ceregieli, wszystkim tym osobom dziękuję.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

nie-miejscownik: Antoninek - przewodnik alternatywny

👉 Polub nie-miejsca na Facebooku 👈
Dlaczego Antoninek? W końcu to zupełnie zwyczajna dzielnica na obrzeżach Poznania? Ponieważ nie ma miejsc nieciekawych, są tylko takie, którym nie poświęca się dość uwagi. Każdy krajobraz nosi bowiem w sobie historie ludzi, ich wyobrażeń, tego jak chcieli i dalej chcą upiększać swoje otoczenie. O tym chcemy opowiedzieć w nie-miejscowniku, czyli przewodniku po zakątkach niedocenionych, niepoznanych lub wręcz zapoznanych. Nie znajdziemy tych opowieści w tradycyjnych bedekerach, na próżno ich szukać w błyszczących katalogach biur podróży. Żaden bloger turystyczny podróżniczy nie uwzględnia ich na liście „top dziesięć rzeczy, które musisz zobaczyć w tym mieście”. Choć są tak blisko, to można się tam poczuć obcym osobnikiem, który jest na wszelki wypadek dyskretnie dozorowany, obserwowany zza firanek. Tym, który się rozgląda, choć sam raczej unika kontaktu. Za to rości sobie prawo do łatwych ocen oraz tanich posiłków i noclegów. Jednym słowem – turystą.

Hans Kloss

Dworzec Centralny w Tbilisi. Pełna integracja metra, kolei, kanapek, chaczapuri, legginsów sprzedawanych przez Romki, uryny, kawy rozpuszczalnej Jacobs, centrum handlowego i oczywiście marszrutek. Marszrutnoje taksi - ten wspólny mianownik postsowieckości. Właściwie żadna egzotyka. Zwykłe mikrobusy. Fordy transity, mercedesy sprintery albo te jeszcze starsze T1. Cechy charakterystyczne: ich maski często są obciągnięte czarną dermą. Niekiedy na burcie spore litery, układające się w napisy “VIP Klassen”. Czy były wcześniej? Czy naklejono je później, już po sprowadzeniu busów na Kaukaz, by dodać im prestiżu?
W każdym razie cena stała i przystępna, trasa znana. Jedynie rozkład jazdy jest traktowany swobodniej. Ponieważ całe przedsiębiorstwo przewozowe to często kierowca i marszrutka. By ruszyła musi osiągnąć zatem stopień zapełnienia, gwarantujący opłacalność. Jest to zadaniem “naganiaczy”. Bardziej lub mniej aktywnie wyłapujących miejscowych i turystów, wypytując o cel podróży. I proszę…

Muzeum Sportu

Za lekko uchylonymi drzwiami przy alei Paliaszwilego w Kutaisi czai się półmrok. W półmroku dwa biurka, komputer stacjonarny z monitorem kineskopowym, dwóch panów raczej po pięćdziesiątce. Pierwszy siwiejący, w garniturze. Takim popielatym, jakby to ująć, schludnym, choć nienowym. Drugi nosi się w stylu, który raczej nazwalibyśmy codziennym. Czarna kurtka, pod nią sweter barwy ciemnej nieokreślonej. To Muzeum Sportu. Placówka powstała w 1970 roku i chyba niewiele się tu od tego czasu zmieniło. Choć kolekcja oczywiście była wzbogacana, by osiągnąć obecny stan, który tworzą 1634 eksponaty. Roczna liczba osób odwiedzających: 220. Wejście tam raczej burzy zatem spokój pary muzealników, choć jednocześnie z właściwym tej profesji spokojem jest przyjmowane. Być może wizyta turysty jest atrakcją także dla nich? W każdym razie wstęp jest bezpłatny.


Mężczyzna w kurtce wstaje, podchodzi do ściany, włącza światło w kolejnym pomieszczeniu. Rozbłyskują z ciemności wycięte gabloty. Od teraz będzie t…