Przejdź do głównej zawartości

Dźwięk tygodnia: turystyczne symulakrum

Zamożnym Europejczykom ciągle się marzy piasek, słońce i plaża, te wyprawy do krain all inclusive. Jednak jak tu jeszcze bardziej ich dopieścić? Ograniczyć te wszystkie ceregiele związane z lataniem, smarowaniem ciał kremami od słońca i robactwa?
Hala ma prawie dwa i pół hektara powierzchni i pewnie nawet kilkanaście metrów wysokości. Szary monolit w krajobrazie można by wziąć za fabrykę. Do wnętrza prowadzą obrotowe drzwi. Są świadomie zaciemnione. Nie widać co się za nimi kryje. Po ich przekroczeniu znajdujemy się na idyllicznej uliczce śródziemnomorskiego miasteczka.


Panuje bezczas i bezprzestrzeń. Nie wiadomo jaki to miałby być kraj, ani jaka pora dnia. Równie dobrze może być Hiszpania albo Włochy. Ważne, że ciepło. Niebo jest niebieskie, tu i tam kilka kędzierzawych obłoczków. Nie ma słońca. Ulicę rozświetlają ozdobne latarnie. Za ciemno na poranek, za jasno na zmierzch. Choć to wnętrze przekracza granice turystycznej sztuczności, to paradoksalnie, gdyby odpowiednio wykonać fotografię, można by się nabrać. To właśnie aura dźwiękowa jest tym, co znacznie trudniej oszukać. Pomimo tego, że podobny zestaw dźwięków mógłby faktycznie tworzyć krajobraz dźwiękowy kurortu: gwar rozmów, płacz niemowlaka, krzyki dzieci, upadające sztućce, w końcu trzask migawki aparatu, tego bodaj najważniejszego atrybutu turysty, zresztą prawdopodobnie także fałszywy, bo będący nagraniem odtwarzanym, podczas robienia zdjęć smartfonem. Jednak wszystko to jest roztapiane przez charakterystyczny dla zamkniętej hali pogłos.

Lalandia, Billund, Dania, 27.08.2017

To Lalandia – tropikalne centrum wakacyjne z parkiem wodnym, po sąsiedzku z Legolandem, wszystko w duńskim Billund. Ale to nie wszystko. Bo przecież czekają i tory narciarskie, i stoisko z bombkami, bałwanami i świętymi Mikołajami. Prawdopodobnie są tu cały rok.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

nie-miejscownik: Antoninek - przewodnik alternatywny

👉 Polub nie-miejsca na Facebooku 👈
Dlaczego Antoninek? W końcu to zupełnie zwyczajna dzielnica na obrzeżach Poznania? Ponieważ nie ma miejsc nieciekawych, są tylko takie, którym nie poświęca się dość uwagi. Każdy krajobraz nosi bowiem w sobie historie ludzi, ich wyobrażeń, tego jak chcieli i dalej chcą upiększać swoje otoczenie. O tym chcemy opowiedzieć w nie-miejscowniku, czyli przewodniku po zakątkach niedocenionych, niepoznanych lub wręcz zapoznanych. Nie znajdziemy tych opowieści w tradycyjnych bedekerach, na próżno ich szukać w błyszczących katalogach biur podróży. Żaden bloger turystyczny podróżniczy nie uwzględnia ich na liście „top dziesięć rzeczy, które musisz zobaczyć w tym mieście”. Choć są tak blisko, to można się tam poczuć obcym osobnikiem, który jest na wszelki wypadek dyskretnie dozorowany, obserwowany zza firanek. Tym, który się rozgląda, choć sam raczej unika kontaktu. Za to rości sobie prawo do łatwych ocen oraz tanich posiłków i noclegów. Jednym słowem – turystą.

Bazar mitów i symboli

Targ w gruzińskim Kutaisi to jedno z najpopularniejszych miejsc w mieście. Przyciąga mieszkańców i turystów-poszukiwaczy lokalnego kolorytu. Choć zajmuje cały kwartał, to najbardziej charakterystycznym budynkiem jest ten na rogu ulic Rustawelego i Paliaszwilego. Nie wyróżnia się wysokością ani formą, jednak trudno go przeoczyć. Na jego frontowej ścianie, wyeksponowanej niewielkim placem, znajduje się monumentalna płaskorzeźba. Rzeźbiarz zastosował konwencję haut-relief. Dodaje to kompozycji ekspresji, bowiem postaci są wyraźnie wysunięte ze ściany. Efektu dodaje również materiał, czyli wyraziście czerwony kamień. Na przechodniów spoglądają dziesiątki monumentalnych postaci i posępnych twarzy, otoczonych rozmaitymi motywami i ornamentami. Tytuł reliefu to "Kolchida", a jego autorem jest Bernard "Franc" Nebieridze, urodzony w 1939 roku gruziński rzeźbiarz, absolwent Akademii Sztuk Pięknych w Tbilisi. Projekt zrealizowano w latach 1979-80. To właśnie koniec lat 70. XX…

Turystyczne życie cmentarza

- Czy ktoś o tym miejscu pamięta? - takie pytanie zadała znajoma pod fotografią cieszyńskiego kirkutu, którą wrzuciłem na Facebooka. Jak odpowiedzieć na to pytanie? Cmentarz był zaznaczony na mapie turystycznej, jako jedno z polecanych miejsc, a więc ktoś o nim wie, pamięta. Jego historia sięga XVII wieku, jest zatem jednym z najstarszych zachowanych w Polsce. Łatwo go rozpoznać po stojącym tuż przy ulicy ceglanym domu przedpogrzebowym z drugiej połowy XIX stulecia. To w nim członkowie towarzystwa Chewra Kadisza, co pewnie dla wielu brzmi jak zaklęcie z jakiejś powieści fantasy, przygotowywali ciało do pochówku. W tym tych, którzy nie mieli już nikogo. Wypełniała się micwa, czyli jedno z 613 przykazań prawa halachy. Albo po prostu dobry uczynek. I tak do 1907 roku, gdy otwarto nowy cmentarz, lecz o starym nie zapomniano i czasem ciągle zdarzał się tu pochówek.
Żarna biurokracji mielą powoli. Dopiero trzy lata po rozpoczęciu okupacji Cieszyna, bo w 1943 roku hitlerowskie władze zdecydo…