Przejdź do głównej zawartości

Budynek wielorodzinny z częścią usługową na parterze

Przy ulicy Heltmana w Krakowie znajduje się opuszczony dom. To znany dom i znana jest jego historia. Jego najważniejszy lokator spędził tam ledwie rok. Istnieją progi, które przekraczał, okna i przez które patrzył. Podobno ciągle jest i wanna, w której się kąpał, choć minęło tyle lat.
Czy ów lokator wyglądał nieco nieporadnie, może nawet komicznie, gdy wchodził do tej swojej wanny? Być może. Amon Göth był facetem przed czterdziestką o sylwetce w kształcie gruszki. Na jednym ze zdjęć leży nagi od pasa w górę. Jest upalny dzień, ma na sobie spodnie z wysokim stanem, zapinane nad pępkiem i czyta książkę, opartą o brzuszysko. Jego brwi są ściągnięte. Na twarzy widać raczej tępy wysiłek, niż zaciekawienie lekturą.

fot. Wojciech Mania, 15.09.2014

Dwie sprawy stoją na przeszkodzie, by go takim zapamiętać, a właściwie zapomnieć. Bo ilu zwyczajnych brzuchatych facetów, co to nawet czasem coś przeczytali, przewinęło się przez ten świat? Amon Göth był komendantem obozu koncentracyjnego i likwidatorem gett. Nie był wyłącznie urzędnikiem. Lubił własnoręcznie zwiększać statystyki. Tym samym zasłużył, by znaleźć się w filmie, w którym zyskał gębę smukłego hollywoodzkiego przystojniaka. Stał się częścią pamięci popkulturowej.
Dom przetrwał. Choć kolor spłowiał, nazywany jest czerwonym domem. Ominęły go mody, te wszystkie sidingi i styropiany, które można obejrzeć przy tej niewielkiej, aczkolwiek sytej ulicy. Po wojnie przewinęło się przez niego jakichś 40 lokatorów. Obecnie jest pusty, lecz właśnie znalazł się nabywca.

fot. Wojciech Mania, 15.09.2014

- Wiem, że mieszkał tam zbrodniarz wojenny, ale to nie powód, żeby nie starać się o odczarowanie tego miejsca – tłumaczy przedstawiciel firmy, która nabyła nieruchomość przy Heltmana 22, jakby tu chodziło tu o jakąś magię, o jakiś Hogwart. 
Częścią pamięci jest zapominanie. Ta sama popkultura, które Amonowi Göthowi nadała twarz Ralpha Fiennesa, przypomniała historię czerwonego domu. To ekipa filmowa „Listy Schindlera”, szukając oryginalnych plenerów z epoki trafiła na początku lat 90. do willi przy cichej uliczce na krakowskim Podgórzu, oznajmiając jej właścicielowi, że z balkonu jego domu Göth dla relaksu strzelał do więźniów. Zresztą, prawdopodobnie nie strzelał, to znaczy nie z tego akurat balkonu. Na przeszkodzie stała tyleż racjonalna, co banalna geografia.

fot. Wojciech Mania, 15.09.2014

– Chcielibyśmy, żeby willa odzyskała przedwojenny blask, kiedy mieszkała w niej zamożna rodzina – dodaje nowy właściciel. Deklaruje, że „w przyszłości willa stanie się budynkiem wielorodzinnym z częścią usługową na parterze”.
____________________
Banasik M., 2011: Amon Goethe - kat obozu "Płaszów", Dziennik Polski, 23.07.2011
Gurgul A., 2015: Płaszów: Willa okrutnego komendanta sprzedana. Gazeta Wyborcza - Kraków, 19.01.2015.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

nie-miejscownik: Antoninek - przewodnik alternatywny

👉 Polub nie-miejsca na Facebooku 👈
Dlaczego Antoninek? W końcu to zupełnie zwyczajna dzielnica na obrzeżach Poznania? Ponieważ nie ma miejsc nieciekawych, są tylko takie, którym nie poświęca się dość uwagi. Każdy krajobraz nosi bowiem w sobie historie ludzi, ich wyobrażeń, tego jak chcieli i dalej chcą upiększać swoje otoczenie. O tym chcemy opowiedzieć w nie-miejscowniku, czyli przewodniku po zakątkach niedocenionych, niepoznanych lub wręcz zapoznanych. Nie znajdziemy tych opowieści w tradycyjnych bedekerach, na próżno ich szukać w błyszczących katalogach biur podróży. Żaden bloger turystyczny podróżniczy nie uwzględnia ich na liście „top dziesięć rzeczy, które musisz zobaczyć w tym mieście”. Choć są tak blisko, to można się tam poczuć obcym osobnikiem, który jest na wszelki wypadek dyskretnie dozorowany, obserwowany zza firanek. Tym, który się rozgląda, choć sam raczej unika kontaktu. Za to rości sobie prawo do łatwych ocen oraz tanich posiłków i noclegów. Jednym słowem – turystą.

Hans Kloss

Dworzec Centralny w Tbilisi. Pełna integracja metra, kolei, kanapek, chaczapuri, legginsów sprzedawanych przez Romki, uryny, kawy rozpuszczalnej Jacobs, centrum handlowego i oczywiście marszrutek. Marszrutnoje taksi - ten wspólny mianownik postsowieckości. Właściwie żadna egzotyka. Zwykłe mikrobusy. Fordy transity, mercedesy sprintery albo te jeszcze starsze T1. Cechy charakterystyczne: ich maski często są obciągnięte czarną dermą. Niekiedy na burcie spore litery, układające się w napisy “VIP Klassen”. Czy były wcześniej? Czy naklejono je później, już po sprowadzeniu busów na Kaukaz, by dodać im prestiżu?
W każdym razie cena stała i przystępna, trasa znana. Jedynie rozkład jazdy jest traktowany swobodniej. Ponieważ całe przedsiębiorstwo przewozowe to często kierowca i marszrutka. By ruszyła musi osiągnąć zatem stopień zapełnienia, gwarantujący opłacalność. Jest to zadaniem “naganiaczy”. Bardziej lub mniej aktywnie wyłapujących miejscowych i turystów, wypytując o cel podróży. I proszę…

Muzeum Sportu

Za lekko uchylonymi drzwiami przy alei Paliaszwilego w Kutaisi czai się półmrok. W półmroku dwa biurka, komputer stacjonarny z monitorem kineskopowym, dwóch panów raczej po pięćdziesiątce. Pierwszy siwiejący, w garniturze. Takim popielatym, jakby to ująć, schludnym, choć nienowym. Drugi nosi się w stylu, który raczej nazwalibyśmy codziennym. Czarna kurtka, pod nią sweter barwy ciemnej nieokreślonej. To Muzeum Sportu. Placówka powstała w 1970 roku i chyba niewiele się tu od tego czasu zmieniło. Choć kolekcja oczywiście była wzbogacana, by osiągnąć obecny stan, który tworzą 1634 eksponaty. Roczna liczba osób odwiedzających: 220. Wejście tam raczej burzy zatem spokój pary muzealników, choć jednocześnie z właściwym tej profesji spokojem jest przyjmowane. Być może wizyta turysty jest atrakcją także dla nich? W każdym razie wstęp jest bezpłatny.


Mężczyzna w kurtce wstaje, podchodzi do ściany, włącza światło w kolejnym pomieszczeniu. Rozbłyskują z ciemności wycięte gabloty. Od teraz będzie t…