Przejdź do głównej zawartości

Posty

Dźwięk tygodnia: hydroelektrownia i krowy

W powodzi obrazów, które sami wytwarzamy, a następnie sami nimi się zalewamy, aż do zakrztuszenia oczu, czasem trafiamy na jakieś zapomniane zdjęcie w smartfonie. Jednak trafić na niepamiętane nagranie to zupełnie coś innego. Oczywiście nie chodzi tu o piosenkę czy zapis rozmowy. Raczej o pejzaż dźwiękowy.
W przypadku obrazu, wystarczy by znalazł się na linii wzroku - mgnienie oka, krótkie spojrzenie, by zorientować się w całości. Jednak nie ma mgnienia ucha albo linii słuchu. Dźwięk wymaga czasu i przestrzeni.
Więc przypomniałem sobie o dyktafonie, a tam jakieś kilkanaście plików. Wśród nich ten. Jest pierwszy listopada, o czym zupełnie nie pamiętałem, bo akurat byłem w Kutaisi. Poszedłem na trekking spacer wzdłuż Rioni. Było pochmurnie, trochę padało. Szedłem w kierunku elektrowni wodnej Gumati. Jeden z pomników sowieckiej industrializacji, wzniesiony pod koniec lat 50. XX wieku. Dzięki temu poniekąd, dziś Gruzja nie jest w całkiem dosłownie ciemnej dupie, bo energia rzek jest źródł…
Najnowsze posty

Zupełnie coś innego

Jak wyglądały Niemcy w latach 30.? Z jednej strony można się było pewnie spodziewać dokąd to zmierza, symptomów było aż nadto. Z drugiej zaś, wielu mówiło: nie przesadzajmy. Miasta kwitły, bezrobocie spadało i tak dalej. Jeśli ktoś odczytał tu aluzję do współczesnej Polski, to mógłby jeszcze dodać sakramentalne "to nie to samo". W Internecie można obejrzeć nieco ponad ośmiominutowy film promocyjny propagandowy o Berlinie. Widzimy krajobraz metropolii z szerokimi arteriami, pełnymi pieszych, aut, tramwajów (zwróćmy uwagę na ekologiczne rozwiązania: zielone torowiska). W kadrze często pojawiają się rowerzyści. Wspomina się też o nadrzecznych bulwarach. Pełna nowoczesność i modernizacja. Narrator opowiada o zabytkach i atrakcjach miasta. Dobrze wyczuwa trendy współczesnej turystyki. Zgrabnie nawiązuje do lokalnej oferty kulinarnej (piwo Berliner Weiße), a także kieruje naszą uwagę na doświadczenia i emocje. Po tradycyjnym zwiedzaniu części historycznej można wybrać się na tańce…

Muzeum Sportu

Za lekko uchylonymi drzwiami przy alei Paliaszwilego w Kutaisi czai się półmrok. W półmroku dwa biurka, komputer stacjonarny z monitorem kineskopowym, dwóch panów raczej po pięćdziesiątce. Pierwszy siwiejący, w garniturze. Takim popielatym, jakby to ująć, schludnym, choć nienowym. Drugi nosi się w stylu, który raczej nazwalibyśmy codziennym. Czarna kurtka, pod nią sweter barwy ciemnej nieokreślonej. To Muzeum Sportu. Placówka powstała w 1970 roku i chyba niewiele się tu od tego czasu zmieniło. Choć kolekcja oczywiście była wzbogacana, by osiągnąć obecny stan, który tworzą 1634 eksponaty. Roczna liczba osób odwiedzających: 220. Wejście tam raczej burzy zatem spokój pary muzealników, choć jednocześnie z właściwym tej profesji spokojem jest przyjmowane. Być może wizyta turysty jest atrakcją także dla nich? W każdym razie wstęp jest bezpłatny.


Mężczyzna w kurtce wstaje, podchodzi do ściany, włącza światło w kolejnym pomieszczeniu. Rozbłyskują z ciemności wycięte gabloty. Od teraz będzie t…

Bazar mitów i symboli

Targ w gruzińskim Kutaisi to jedno z najpopularniejszych miejsc w mieście. Przyciąga mieszkańców i turystów-poszukiwaczy lokalnego kolorytu. Choć zajmuje cały kwartał, to najbardziej charakterystycznym budynkiem jest ten na rogu ulic Rustawelego i Paliaszwilego. Nie wyróżnia się wysokością ani formą, jednak trudno go przeoczyć. Na jego frontowej ścianie, wyeksponowanej niewielkim placem, znajduje się monumentalna płaskorzeźba. Rzeźbiarz zastosował konwencję haut-relief. Dodaje to kompozycji ekspresji, bowiem postaci są wyraźnie wysunięte ze ściany. Efektu dodaje również materiał, czyli wyraziście czerwony kamień. Na przechodniów spoglądają dziesiątki monumentalnych postaci i posępnych twarzy, otoczonych rozmaitymi motywami i ornamentami. Tytuł reliefu to "Kolchida", a jego autorem jest Bernard "Franc" Nebieridze, urodzony w 1939 roku gruziński rzeźbiarz, absolwent Akademii Sztuk Pięknych w Tbilisi. Projekt zrealizowano w latach 1979-80. To właśnie koniec lat 70. XX…

Turystyczne życie cmentarza

- Czy ktoś o tym miejscu pamięta? - takie pytanie zadała znajoma pod fotografią cieszyńskiego kirkutu, którą wrzuciłem na Facebooka. Jak odpowiedzieć na to pytanie? Cmentarz był zaznaczony na mapie turystycznej, jako jedno z polecanych miejsc, a więc ktoś o nim wie, pamięta. Jego historia sięga XVII wieku, jest zatem jednym z najstarszych zachowanych w Polsce. Łatwo go rozpoznać po stojącym tuż przy ulicy ceglanym domu przedpogrzebowym z drugiej połowy XIX stulecia. To w nim członkowie towarzystwa Chewra Kadisza, co pewnie dla wielu brzmi jak zaklęcie z jakiejś powieści fantasy, przygotowywali ciało do pochówku. W tym tych, którzy nie mieli już nikogo. Wypełniała się micwa, czyli jedno z 613 przykazań prawa halachy. Albo po prostu dobry uczynek. I tak do 1907 roku, gdy otwarto nowy cmentarz, lecz o starym nie zapomniano i czasem ciągle zdarzał się tu pochówek.
Żarna biurokracji mielą powoli. Dopiero trzy lata po rozpoczęciu okupacji Cieszyna, bo w 1943 roku hitlerowskie władze zdecydo…

Czy turystykę stać na autorefleksję? Relacja z Ogólnopolskich Obchodów Światowego Dnia Turystyki w Cieszynie

"Marka turystyczna – podstawą efektywnej promocji regionu, kraju" – pod tym niezbyt zgrabnym tytułem odbyła się 21 września 2017 roku konferencja, będąca częścią Ogólnopolskich Obchodów Światowego Dnia Turystyki. Na miejsce obrad wybrano Cieszyn, a organizatorami było Ministerstwo Sportu i Turystyki oraz Polska Organizacja Turystyczna, przeżywająca ostatnio rozmaite wzloty i upadki.

Nieco ponad 36-tysięczny Cieszyn to intrygujący wybór miejsca na tego rodzaju konferencję. Miasto wielokulturowe i wielowyznaniowe, w sposób dosłowny transgraniczne. Według burmistrza Ryszarda Macury są to cechy przyciągające turystów-koneserów.Jednak pierwsi głos zabrali organizatorzy: Dariusz Rogowski, reprezentujący Ministerstwo Sportu i Turystyki oraz Robert Andrzejczyk, obecny prezes Polskiej Organizacji Turystycznej. Ten ostatni podkreślił, że współcześni turyści odwiedzają zabytki nie dla samych zabytków, ale dla związanych z nimi emocji. Wypowiedział te słowa z właściwą dla biurokraty bez…

Czy warto pisać przewodniki, czyli "Poznań for beginners"

Czy w dobie mediów społecznościowych, blogów podróżniczych, serwisów turystycznych w rodzaju TripAdvisor i "przemysłowo" wytwarzanych serii, takich jak choćby Lonely Planet, warto pisać przewodniki?


Chyba tak, albo może raczej: mam nadzieję, że tak. Choć ich zasięg lub używając żargonu „impakt”, jest znacznie mniejszy, to dają możliwość dotarcia do bardziej zaangażowanych turystów. Potencjalnie także bardziej skorych do pozostawiania w odwiedzanych przez siebie miejscach większej ilości pieniędzy. Świadczyć o tym może sam fakt nabycia przewodnika. Dają także możliwość spojrzenia na odwiedzane miejsce z lokalnej perspektywy, jeśli zostały napisane przez kogoś w nim mieszkającego. Tradycyjne przewodniki można również anegdotycznie zredukować do kilku technicznych zalet: nie są na baterię, nie wymagają dostępu do wi-fi i pozostają sprawne po upuszczeniu nawet ze znacznej wysokości, a w końcu nie są zbyt atrakcyjne dla złodziei. Przewodnik "Poznań for beginners" to nie…