Przejdź do głównej zawartości

Posty

Dźwięk tygodnia: Potłuczone dachówki

Ta zagroda jest jak stoisko promocyjne urbexu. Jej ruiny stoją przy jednej z bardziej uczęszczanych ścieżek spacerowych i rowerowych Poznania, nieopodal zoo, w dolinie Cybiny. Takie opuszczone miejsca obiecują wiele. Historie domniemanych morderstw, afektów i innych mrocznych historii oferują w pakiecie – dostępne zależnie od wyobraźni. Wszystko gdzieś pod łuszczącą się tapetą, odpadającym tynkiem, pod schodami.  Gdzie zatem mroczna tajemnica? Może gospodarz się powiesił zaraz po tym, jak potopił piątkę dzieci i zastrzelił żonę? Nic z tych rzeczy. Raczej ekonomia. Ewentualnie pożar, gdy miejsce już i tak było opuszczone. Jednak ciągle widać, że gospodarstwo było niczego sobie. Spory piętrowy dom, pewnie stajnia i wozownia, i parę innych budynków. Za drzewami jeszcze komin cegielni. W każdym razie ciągle można bezkarnie pochodzić po potłuczonych dachówkach i narobić trochę klinkierowego hałasu.
Najnowsze posty

Dźwięk tygodnia: Przejście dla pieszych w Helsinkach

"Sygnał dźwiękowy stosowany na przejściach dla pieszych powinien być krótkoczasowym okresowo powtarzającym się sygnałem złożonym o obwiedni czasowej prostokątnej wypełnionej falą prostokątną (fala o przebiegu prostokątnym) i czasie trwania nieprzekraczającym 20 ms. Częstotliwość podstawowa sygnału złożonego (złożenie częstotliwości podstawowej z jej nieparzystymi harmonicznymi) powinna wynosić: na przejściach przez jezdnię – 880 Hz (w wyjątkowych sytuacjach, przy złożonych przejściach z pasami dzielącymi lub wyspami dzielącymi można zastosować dźwięk o częstotliwości podstawowej 550 Hz, w celu rozróżnienia poszczególnych części przejścia), a na przejściach przez torowisko tramwajowe – 1580 Hz".
Lektura punktu 3.3.5.2 Rozporządzenia zmieniającego rozporządzenie w sprawie szczegółowych warunków technicznych dla znaków i sygnałów drogowych oraz urządzeń bezpieczeństwa ruchu drogowego i warunków ich umieszczania na drogach wprowadza nas w cyber-punkowy klimat miast przyszłości.…

Niech zasady będą po to, by je łamać. Recenzja "Pokazuchy" Stasi Budzisz

Czy ja kiedykolwiek napisałem recenzję książki? Nie przypominam sobie. Dlatego ją napiszę, ponieważ chodzi o książkę, która przełamała mój kilkumiesięczny "reader's block", gdy z braku czasu karmiłem się tylko prasą. Oto "Pokazucha. Na gruzińskich zasadach" Stasi Budzisz. Autorka szczęśliwie zrywa z "bajarsko-pakosińską" narracją o Gruzji, a swoje dzieło dedykuje rodzicom i gruzińskim przyjaciołom. Czy będzie ono sprawdzianem dla niektórych z tych przyjaźni? Książka bowiem na pewno potrząsa i roztacza raczej gorzką wizję tego turbo-gościnnego bardzo trudnego, kaukaskiego kraju. Jednocześnie nie jest to suchy traktat społeczno-historyczny. Przeciwnie, mnóstwo w niej emocji, choć tonowanych lub wręcz skrywanych za rzędami przytaczanych obficie liczb, by na końcu, już w posłowiu otwarcie przyznać, że impulsem do napisania książki była przekora i złość. Autorka metodą kawy (czaczy?) na ławę bardzo bezpośrednio, wręcz bezpardonowo identyfikuje zwykle niedo…

Dźwięk tygodnia: Cieszynianka napierdziela „Rosamundę”

Obiecałem sobie unikać dźwięków muzycznych. W końcu to zbyt oczywista sprawa (nawet nie wspominając o kwestii copyrightów). Jednak tym razem nie oprę się tej pokusie. Oto orkiestra dęta Cieszynianka. Młodzi i starzy, są z obu brzegów Olzy. Choć są Czechy i Polska, były Austria i Niemcy, a na dokładkę gdzieś Słowacja, to chcąc nie chcąc powietrze jest jedno i te oddechy się mieszają. Więc po krótkim wprowadzeniu kapelmistrza dmą w dęciaki i oto jest super szlagier! „Rosamunde”. Albo raczej „Škoda lásky”. Albo „Szkoda miłości”. Dla internacjonałów „Beer Barrel Polka”. Przy tej okazji przypominamy publiczności w cieszyńskim Domu Narodowym (tak!), że polka to taniec czeski, choć ta konfuzja wynikająca z nazwy w zasadzie jest tu bardzo na miejscu. Cieszyn, to dwa miasta w pakiecie: polskie i czeskie. Niby względnie niewielkie, jakieś 36 tysięcy ludzi. Znaczy się po polskiej stronie, bo jeśli dodać Český Těšín, to razem będzie ponad 60 tysięcy. Ale ja tego nie powiedziałem, bo pewnie nie w…

Dźwięk tygodnia: Ogród smaków Pani Marii

Pani Maria wyciąga twardo oprawną księgę i chętnie dzieli się jej sekretami. Wskazuje kolejne autografy – tu podpisał się rektor, tu znany aktor (powiedzmy Holoubek), a tu Margaret Thatcher. Podano jej chłodnik na kefirze. Ryzykownie, bo przecież w angielskiej kuchni wszystko, co kiszone lub fermentowane to "szajst" – właśnie tak pani Maria wymawia to słowo. Tymczasem „Żelaznej Damie” smakowało. I trudno się dziwić, znając tutejszą kuchnię. Spotkanie uwiecznia obraz na ścianie. Jeszcze niedawno było to niemal centrum dowodzenia uczelnianym światem. Historycy i archeolodzy, ale także filolodzy i ekonomiści schodzili się na obiady. Studenci, doktoranci, adiunkci, docenci, profesorowie wykupywali żetonik, zamieniany na posiłek. Idea universitas w pełnym rozkwicie w Ogrodzie smaków Pani Marii, dostępnym dla wszystkich do dziś. Kto akurat nie spotka pani Marii in carne e ossa w jej ogrodzie, ten nie doświadczy tych opowieści. Raczej usłyszy cały ten ambience: pobrzękiwanie taler…

Dźwięk tygodnia: Akiwa Eger i zgiełk

W grudniu 1803 roku umiera jeden z klasyków weimarskich Johann Gottfried Herder. W tym samym roku w Poznaniu, w okolicach dawnej Muszej Góry, wybucha pożar. Przyspiesza on modernizację okolic placu, który dziś nosi nazwę Wolności. Wtedy zlikwidowano tamtejszy cmentarz żydowski. Jego następca powstał na przedmieściach, przy ul. Głogowskiej. Trochę ponad sto lat później, w 1905 roku, tuż przy południowo-zachodnim murze cmentarza wzniesiono kamienice wzdłuż nowo wytyczonej ulicy. Z widokiem na nagrobki, w tym jeden – jeśli można tak powiedzieć – szczególnie zasłużony, należący do rabina Akiwy Egera. Z okien tych samych kamienic, przy właśnie tej ulicy, noszącej dziś imię Śniadeckich, a wtedy Herdera, tego samego, który zmarł tuż przed założeniem cmentarza, tego samego, który myślał o historii, jako realizacji boskiego planu, można było obserwować dewastacje cmentarza, dokonywaną metodycznie przez rodaków filozofa. Kirkut zaczął też znikać z planów i map, już od około 1940 roku oznaczan…

Dźwięk tygodnia: Metro de Madrid (albo jakieś inne)

Metro w Madrycie ma 1698 schodów ruchomych – ponoć najwięcej na świecie. Można z nich skorzystać na większości z 301 stacji. W tym roku Metro de Madrid obchodzi swoje stulecie. Jest na tyle stare, że ruch w nim pozostał lewostronny. Po ulicach stolicy Hiszpanii jeździ się bowiem po prawej stronie dopiero od 1924 roku. Stop. Właściwie kogo to obchodzi? Metro to coś, czego oczekuje się od poważnych metropolii. Najlepiej by było McDonaldem transportu publicznego – wszędzie takie samo. To wzorzec nie-miejsca. Dystopijny podziemny skażony świat łączy się tu z utopijną wizją o możliwościach szybkiego przemieszczania. Nawet słynny plan londyńskiego metra Harry’ego Becka, który dał początek innym takim schematom, sprzyja poczuciu pozornego skracania dystansów. Oddalenie kropek-stacji nie odpowiada przecież prawdziwym odległościom. Geografia pokonana w ciemnych tunelach. Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal. No, może z wyjątkiem Moskwy. Tak więc siedzę na stacji Quintana (jak ten molester…